-VERHLASE-
Czy to ciemność przysłoniła moje wizje? Nie, to tylko deszcz. Gdy przestanie padać, powinienem wrócić.
by cozmokamil | 2005-06-14 01:53:47 |
skomentuj! (4)
-AGARWEATH-
*
Leci w dół. Spada z bardzo dużą prędkością. Na początku była na samej górze, gdzieś sobie spokojnie czekała. Nagle jednak została pobudzona i musiała opuścić swój dom. Razem z innymi oddalała się od rodzimego miejsca. Razem z innymi leciała ku prawdzie bliższej każdemu normalnemu człowiekowi. Jej lot trwał dość krótko, ale był piękny i czuła, że chce przeżywać to setki razy. Dla niej ta chwila trwała wieki. Cudowne uczucie jakie ją ogarniało oddalało wszelkie smutki. Nie było kropelek łzy - bo jak mogły być w jej położeniu. Gdy tak leciała widziała wiele przepięknych rzeczy. Dostrzegła grupę ptaków lecącą w jedności i chęci współpracy. Jej wzrokowi ukazywała się codzienna poświata ludzkiego rytmu życia. I nagle upadła, a jej ciało rozprysnęło się na twardej powierzchni rzeczywistości. Poznała, że więcej dostać nie mogła, a i natura więcej nie potrafiła ofiarować. Chociaż kochała ją i będzie nadal... nie mogła dać jej wiecznego szczęscia - sama była słaba i lekkomyślna. Tyle błędów popełniała matka przyroda. Tyle razy zabierała ludziom szczęście i nadzieję. Niszczyła ich marzenia, zabierała cały dorobek życia. Nie patrzyła na cierpienia słabych... sama była słaba... nie chciała już nigdy nikogo skrzywdzić.
Rozeszło się jej malutkie ciałko po całej ziemi i zaczęło wsiąkać w jej najgłębsze zakamarki. Przebyło ogromną drogę by dostać się do całej gromady jej podobnych. Potem już działa sama przyroda. Potem uniosła się ku górze, dzięki słońcu i znów zasiadła w swoim nowym, małym domku czekając na kolejne przepiękne chwile poznawania wspaniałego życia. Marzyła o tym by ktoś ją złapał w szklaneczkę i sprawił by już nigdy nie musiała krążyć bez celu. Niestety natura jej tego nie dała. Kropelka wody, najśliczniejsza na ziemi i najwspanialsza dla ludzi nadal pozostawała w naturalnym obiegu. A on... a przyroda... latał ze szklanką i czekał, że przecież musi kiedyś ją złapać... jedną z miliarda... jedną z wielu, ale najpiękniejszą dla niego i jedyną jaka się w jego sercu liczy. Nie chcę umierać...pomyślała natura, pomyślał on. Chcę żyć, a to życie może mi dać jedynie ta kropla wody... kropla dla spragnionego i zakochanego... zakochanego w życiu, które dzięki Elentari stało się sensowne. Krzywdzisz naturo... krzywdzisz Agarwaeth... krzywdzisz Amandil... odejdź by już więcej tego nie robić, odejdź by już więcej nie oddychać tym, czym oddych najpiękniejsza z poznanych. Nie... nie odejdę... nigdy Cię nie zostawię... bo wiem że mnie... kochasz... a ja pozostanę u Twgo boku, nawet jakby czekanie trwało lata... Pozostań ze mną, na mej drodze Elentari... Królowo Gwiazd... najwspanialsza przewodniczko mojego życia... :*
*
by cozmokamil | 2005-05-04 00:05:48 |
skomentuj! (5)
-YEUNN-
*
Oh jak cudownie świeci słoneczko i jak pieknie się do niego usmiecha. Widzi to przez deliaktne chmurki. Te chmurki są bardzo delikatne, bo już delikatniejsze być nie mogą - wtedy by ich nie było gdyby były jeszcze bardziej delikatne. I jeszcze nie wolno zapomnieć o tym ślicznym niebieskim niebie. Wiecie jaki to jest ten kolor? No on jest taki bardzo niebieski... tak strasznie niebieski, że aż wnerwiać zaczyna jak się za długo na niego patrzy. A on sobie lata jak idiota pod tym cholernym niebieskim niebem z tym zółtym globem świecącym nad nim i się zastanwia czy w ogóle warto jeszcze egzystować na tym świcie.
Tak, tak, Morgon zwariował, uciekł od pięknej kobiety i postanowił żyć sobie na własną rękę pod gołym niebiem. Nie ważne, że nie ma na sobie butów, że zapomniał zabrać swojego mózgu, ale chociaż znów ubierze cholerny pancerzyk dumy. Haha ! Czemu leżał w jaskini? Bo zapomniał powiedzieć jednego słowa poprzednim razem i tak go w łeb zdzielili, że musiał się "położyć i pospać" by zregenerować siły. No ale powracając do latania po tej paskudnej, zielonej łące. Ciekawe czy depcząc trawę się coś zabija - Morgon miał bardzo cichutką nadzieję, że tak. Chciał zabijać, najlepiej siebie, ale nic by mu nie przeszkadzało usmiercenie paru nieciekawych dla społeczeństwa typów... jakiego społeczeństwa?... przecież on nawet nie funcjonował w żadnym zasranym społeczeństwie. Jego chora wyobraźnia tworzyła coś czego nie było, jak zawsze, a jego cholerne marzenia jak zwykle były przesdzone - paskudny optymista w różowych okularach.
Hops, hops... jak fajnie podskakiwać beztrosko po łączce i nie myśleć o przeszłości. Zapominamy powoli i stopniowo z uśmiechem na twarzy... bo słońce ślicznie świeci a chmurki i niebo dodaje zapału do dalszych działań. Teraz zrobimy coś dla siebie i staniemy się zamkniętymi w sobie egoistami - tak Morgonie? - no oczywiście, że tak - jak On powie, tak się stanie. Oj... nóżka się zraniła... i rączka... pocięła się rączka, jak przykro patrzeć na tego faceta... co on ze sobą robi zamiast wziąć się do roboty to teraz siedzi na tej śmierdzącej trawce i sam płącze nad rozlanym mleczkiem. Zobaczył bym takiego osobiście to natychmiast bym pogardził, spalił na stosie czy wychłostał, najlepiej publicznie... ale jestem tylko narratorem wydarzeń, które się wydarzają...
A krew leci i leci i przestawać nie przestaje tylko leci i leci i maluje zieloną trawkę. HAHA - nie będzie już zielona tylko piekielnie czerwona z domieszką cierpienia i paskudnego egozimu czerwonych krwinek. Wreszcie się coś zmieni w tym jakże przesadnie harmonicznym świcie. Żałość zostanie zastąpiona jeszcze większą żałością, ale taką, którą Morgon uwielbia.
Mógł się nie budzić i nie wstawać z tego kamienia w jaskini. Ostateczna przemiana jego wnętrza, toż to pora wyrosnąć i przestać bawić się ludźmi na około, zadawać im ból, teraz pora coś sobie porobić - nie do końca zadawać sobie ból, ale to też, bo czym byłby świat bez bólu - pomyślał Morgon i usnął a w jego cholernie zjechanej i powalonej łepetynie pojawił się kolejny chory sen.
Vith ol jal...
Kap, kap, kap, kap... leci sobie krew. Nie wiadomo skąd i nie wiadomo jak długo. Nie widać ścian ani nieba nie ma, ale krew sobie kapie i wszędzie jest czerwono i tak slicznie jak w bajeczce. No i ten zapaszek krwi jeszcze jest taki ładniusi i dodatkowo te koronki rozchodzące się w ogromnej toni - większej niż ta w oceanie - kapie krew i kapać nie przestanie, aż Morgon się obudzi - oby się nie obudził to chociaż sen pozostanie na jednolitym, płytkim poziomie...
*
by cozmokamil | 2005-04-11 22:35:18 |
skomentuj! (4)
-MIRSHANN-
*
Rześki, taki właśnie był jego umysł. Ciało zaczęło już wykonywać podstawowe zadania nadawane stopniowo i z rozwagą. Morgon uśmiechał się widząc te postępy. Znów odzyskiwał siły i wiedział, że teraz może być tylko lepiej. Codziennie rano wychodził do pobliskiego lasu by ćwiczyć, każdego dnia odzyskiwał rozsądek i widział coraz więcej ze swojej przeszłości. Obraz z okresu przed złożeniem jego ciała w jaskini stawał się wyraźniejszy, ale jeszcze nie do odczytania. Sam często zastanawiał się czy przekroczy tą granicę, narzuconą mu przez jakąś niepojętą moc. A to wszystko dzięki… kobiecie, która znalazła go, gdy leżał nagi i osłabiony dziwną transformacją. Nie wiedział czemu, ale czuł, że to dla niej chce się odnaleźć. Dlaczego zapytacie? Bo ona zawsze na niego czekała. Gdy wracał z lasu, miała już dla niego gotowy posiłek, gdy pięknie świeciło słońce, zabierała go na spacery…. gdy się uśmiechał… ona zawsze odpowiedziała tym samym. Nie czuł przy niej uciekającego czasu. Ile to już minęło? Toż prawie dwa cykle księżyca, tylko tak potrafił to liczyć… wykorzystując piękno nocy i jej własny kalendarz faz srebrzystego globu. Chciał zostać, ale wiedział też jedno, iż musi rozwikłać zagadkę swojego tajemniczego odzyskania świadomości, musiał zdać swój ostatni egzamin z życia…wreszcie dorosnąć by stanąć na nogi…
Zuch lor pholor l' ssussun suul d' dro, xo'al ulu nez xuil dosst yibinss... plynn dosst killian ussta sargtlin...
Czy żyłeś kiedyś w świecie, w którym słowo jednego jest ważniejsze od siły ogółu? Otóż w takim świecie żył bohater kolejnego snu Morgona – on sam. Nic nam nie wiadomo o czasie, w jakim został osadzony, nie wiadomo nic o świecie, w którym owe wydarzenia miały miejsce. Ponieważ był to tylko sen, imaginacja jego może chorej wyobraźni, ucieczka od rzeczywistości. Dla Morgona było to wypłynięcie barką na spokojny ocean jego marzeń. Ale nie na ten temat przyjdzie nam dyskutować i zapewniam was, że jego psychikę poznacie z czasem… kiedy wszyscy będą na to gotowi, a przecież i tak niewielu ją zrozumie.
Na niebie pięć naturalnych księżyców, na horyzoncie piętnaście ogromnych gwiazd, a wśród nich jedna, błyszcząca mocniej od pozostałych. Te słabsze krążące wokół tej niezwyciężonej, zataczające kręgi i tworzące poświatę czternastu pierścieni, gdzie każdy pierścień jest życiem innego gatunku. Każdy gatunek na jednej planecie, planeta cząstką najmocniejszej gwiazdy, a ów gwiazda oświetlana przez pięć księżyców – odbijających jej potężne światło. Jak to możliwe, że gwiazda jest planetą z czternastoma gatunkami? A jak możliwe, że wierzymy w coś, czego nie widzimy? Umysł Morgona rysował w jego śnie właśnie taki obraz. Każdy z gatunków liczył sobie setki osobników, natomiast każdy z osobników miał własny głos w tym przedziwnym świecie. I każdy był tam równy wobec siebie tak, jak każda z czternastu krążących gwiazd równa swoim blaskom. On był jednym z milionów. Poruszał się w świecie, którego nie rozumiał. Nie widział materialnej powłoki swego ciała – po prostu istniał i czuł to. To nie był świat, gdzie rzeczy materialne stają nad duchowymi, ponieważ w tym miejscu… nie było przedmiotów. Każdy władał sobą i każdy odpowiedzialny był za drugiego. Jego duch poruszał się w przepychu iskrzących światełek. Za każdym razem, gdy wpadał na innego osobnika, na inny gatunek materii, czuł w sobie przepych i doznawał ekstazy. Poznawał całą historię rodu, widział dzieciństwo, wzloty i upadki oraz tak błahe rzeczy jak na przykład inne spotkania innych Niematerialnych. Na tym świecie nie istniał przywódca, każdą wolę narzucała natura. Czy istniała tam natura? Tak, kreowana przez umysły dusz wędrujących w gazowej sferze najpotężniejszej gwiazdy układu. To ona decydowała o życiu lub śmierci każdego płomyka i to ona kierowała obrotem czternastu gwiazd – życiem czternastu gatunków. Każdy z rodzajów Niematerialnych był inny, ponieważ zajmował inne miejsce w społeczeństwie. Jedni tkali muzykę, drudzy tworzyli potrzebne do życia składniki, trzeci wielbili naturę by była dla nich łaskawa, kolejni dyskutowali o sensie istnienia, i kolejni…, i następni… Morgon natomiast pływał w otoczeniu, obcych mu istot. Dlaczego jego dusza ujarzmiona w jednym punkcie kreowała taki obraz? Co on znaczył? Gazy ich unosiły, bo one były nośnikiem ich oddechu. To dzięki wyrafinowanej mieszance pierwiastków to jakże przepiękne społeczeństwo funkcjonowało. Wspomniałem wcześniej o muzyce? Tak… muzyka… Jedyny motyw, zrozumiały dla naszego bohatera. Była piękna, ale nie była typowa. Słyszeliście połączenie płaczu ze śmiechem, bólu ze szczęściem, nadziei z pychą i nienawiścią? Otóż muzyka tworzyła z niektórych tych elementów cud, inne natomiast neutralizowała w postać wzbogacających nieprzeniknioną melodię dysonansów. Wszystkie te dźwięki pochodziły z pewnego miejsca, które do niedawna tak spokojne i rządzone tylko przez naturę… nie potrzebowało układu gwiezdnego porządkującego cały jego nieład. Czym były księżyce ów miejsca? Były antenami odbioru niechcianych fal z Ziemi. To one przyjmowały modlitwy ludzi, którzy niszczyli zieloną planetę w sposób niewidoczny ich zaślepieniu. Morgon chciał znaleźć w tej harmonii cząstkę siebie. Zaczął się burzyć i niszczyć spokój miejsca, w które łaska go zesłała. Szukał odpowiedzi na dręczące go pytania, ale zamiast zachować się jak Niematerialny, uciekał od powagi niczym barbarzyńca… i to go odesłało do świata żywych…poczuł swój materializm… nie poznał lepiej harmonii i spokoju.
Obudził się tak jak zwykle w miejscu gdzie spał już wcześniej. U jego boku siedziała kobieta o włosach już nie blasku słońca, a ciemniejszej nocy pokrytej wilgotną mgłą. Widział na jej twarzy zmęczenie i domyślił się (po przytrzymywanej ręce), że ten jakże krótki sen był jej wnętrzem duszy… nie mógł w nim znaleźć odpowiedzi na dręczące go pytania, ale odnalazł spokój i ład. Czy nie czuliście tego nigdy? Ona dała mu to, czego szukał – ukojenie. Sama poświęciła swoje zdrowie by to zrobić, ale nie patrzyła na siebie, a na jego cierpienie. Wniknęła w jego umysł, gdy spał. Przejęła nad nim kontrolę i pokazała swój stoicyzm – kontrolę poprzez naturę piętnastu gwiazd, gdzie wszyscy byli równi i szczęśliwi w jedności i braku materializmu. Patrzył jej w oczy i widział to samo, o czym śnił. Ich niebieska głębia mówiła tylko jedno – nigdy nie odchodź, a ja sprawię, że Twoje życie zmieni się w raj na ziemi, prawie taki jak w Naszym śnie. I Morgon uwierzył, a z jego oczu popłynęły łzy. Po chwili i dziewczyna się rozpłakała. Trzymali się za ręce i całowali je wzajemnie. Ich pocałunki były prawdziwe, tak prawdziwe, że każda łza zmieniała się w nadzieję, a każdy oddech zbliżał ich ku sobie. W tej właśnie chwili osiągali to, co poznali w Niematerialnych…
*
by cozmokamil | 2005-03-27 11:33:05 |
skomentuj! (11)
-ELENTARI I AMANDIL-
*
Ból spadł na jego serce niczym wielki głaz ulegający sile grawitacji i spadający na ziemię z hukiem. Leżał bez ruchu pośród bujnej roślinności polany. Wpatrzony w niebo przypomniał sobie wszystkie te chwile, w których uśmiechał się na jej widok. Tworzył obraz doskonałego człowieka, ale chyba mylił się w swej ocenie. Nie widział wszystkiego, może nie chciał, może się bał. Ale jego strach i czysty wzrok zaślepiała męska duma. Patrząc w gwiazdy – widział światy, których nie może sięgnąć. Obserwując księżyc – zatapiał się w swej beznadziejności. Przybity, spoglądając na cud natury, jakim była noc myślał o skróceniu swych mąk. Czułeś kiedyś taki ból? - zadał to pytanie wpatrującemu się drzewu – błoga cisza. Chciałbyś żyć z moją beznadziejnością i rozumem, który niszczy całe wnętrze – skierował swą myśl do świerszcza. On natomiast odpowiedział pięknym śpiewem… beztroskim. Czy ktoś chciałby zamienić się ze mną swoim życiem, owad, robak, liść…? - krzyknął i znów upadł na trawę. Tyle dobroci tworzyło się wokół niego, a on potrafił tylko stawiać nienormalne wyrzuty. Koiła ona jego serce i duszę, ale jego duma nie dopuszczała by stale to wykorzystywał. Pragnę tylko prawdy i normalnego, spokojnego życia… - jego słowa wymalowały słone łzy i szept podkreślający śpiew świerszcza. Znów spojrzał w niebo, a jego oczy poczęły zraszać okoliczną roślinność płynem bólu i nienawiści do samego siebie.
Nagle na niebie pojawił się błyszczący obiekt. Królowa Gwiazd – pomyślał. I uległ marzeniu, jakie rysował mu jego rozum. Jego ciało poczęło się przemieniać, jego dusza uformowała się w kształt świetlistego ogona. Wyskoczył w górę, tak jak wyskakuje pchła, tyle że on poleciał wysoko. Zostawił za sobą nocne życie, przyrodę w ciemnościach. Myszkując na niebie odnalazł władczynię i zabłysnął obok niej niczym giermek obok swego pana. Ich światło dawało znak podróżnikom. Ich gwiezdne ogony splatały się w jedno. Egzystowali obok siebie tylko parę chwil i Amandil postanowił odejść. Nie czuł się dobrze. Jego blask przygasał, oszpecał Królową. Powoli odsuwał się od niej, chociaż tego nie chciał. Im był dalej, tym szybciej umierał. Powoli jego barwa zlewała się z czarnym niebem.
Upadek był bolesny, bo miejsce człowieka nie jest przy gwiazdach, a obok żywych. Symboliczne złamanie żebra… znów ucieczka, tym razem od bólu fizycznego. Trapiły go już dwa rodzaje smutku. Wędrował samotnie dolinami, przemierzał nieskalane pustynie, płynął przez wzburzone morza i oceany. Ból fizyczny ustąpił już dawno, ale rana wewnątrz go nie opuszczała. Za dnia usuwał się w cień, ponieważ tylko w nocy czuł się niczym wygnany, ale pewny swego celu poszukiwacz. A szukał on Królowej Gwiazd. I chciał do niej dotrzeć po jej świetle. Głupi w swym przekonaniu, wierzył, że jeżeli przemierzy setki kilometrów, pokona miliony przeciwności, stale wspomagany przez nieobcą mu naturę – dosięgnie władczyni. Poświęcił swoje zdrowie dla odnalezienia wiecznego spokoju. Wkrótce jednak i ono musiało ustąpić, bo ile można biec, ile można połykać własną krew i opatrywać własne rany. A ta piękna gwiazda stale na niego patrzyła. Każdy jego sen zaczynał się i kończył koncertem wspaniałych świerszczy… jego przyjaciół w drodze życia.
Niestety on tak nie umiał, nie potrafił przez całe życie gonić marzeń. Idąc jednej nocy ciemnym lasem upadł na kolana. Podpierając się rękoma zaczął zalewać łzami cały mech pod nim. Przyjaciele z trawy stale mu śpiewali, poświęcali swoje życie by jemu było łatwiej, ale on nie potrafił… Uśmiechając się lekko, oblizując rosę, wyszukiwał ręką odpowiedniego przedmiotu. Znalazł go, był to ostro zakończony kawałek drewna. W chwili gdy postrzępiony jego koniec przecinał skórę Amandila, na niebie poczęły się dziać niewytłumaczalne rzeczy. On krwawi, umiera – niebo płacze gwiazdami. On krzyczy do Boga – niebo ogałaca się powoli. On czuje ciepło swojej krwi – niebo oddaje ciepło księżycowi. On umiera – Królowa Gwiazd zstępuje na ziemię pod postacią pięknej kobiety. Świerszcze śpiewają pieśń smutku – on leży martwy. Drzewa z wiatrem płaczą szumem – on nadal zalewa krwią zielony mech…
W ciemnościach, w nieogarnionym mroku dziewczyna – Elentari, podchodzi do martwego ciała Amandila. Trawiaste stworzenia nadal łkają swym śpiewem. Oplatają uszy kobiety pajęczą siecią grozy. Skonsternowana i zagubiona, bo zeszła do niego, gdy on popełniał samobójstwo. Tracąca blask, bo on to zrobił po tak długiej walce, gdy ona postanowiła zstąpić. Spóźniła się, jego już nie było… nie… czuła jego duszę krążącą po tym lesie. Drżące ręce… Elentari sięga po kawałek zakrwawionego drewna i wraz z towarzyszącym szumem liści wbija go w swe serce. Jej ciało upada obok Amandila, jej oczy zwrócone ku niemu… powoli się zamykają… a ona zapada w wieczny sen… brak przewodniczki podróżnych… nowa dusza nieogarniętej kniei śmierci, okropna strata dla świata. A świerszcze śpiewały aż do końca nocy.
Minęło wiele lat nim ścigająca dusza Elentari znalazła zagubionego ducha Amandila. Oczywiście ich energie spotkały się w nocy. Ogromny labirynt niewidzialnych korytarzy. Natura wyglądała inaczej, dźwięk był czystszy, śpiew zwierząt i owadów weselszy. Rosa bardziej koiła, słowa były dłuższe, a serca głębsze. Bo duchy te posiadały więcej niż jakikolwiek człowiek. Były doskonałym tworem uczuć z przed śmierci. Zwarte w wspólnym uścisku, wreszcie szczęśliwe rozpoczęły wędrówkę wśród królów przyrody – ogromnych drzew nazwanych Nadzieją. A co z dawnymi przyjaciółmi chłopca? Otóż śpiewali dla nich najwspanialsze pieśni małych roślinek i zwierzątek. Siedząc na ich ramionach, skacząc im w objęcia. Amandil stał się ich opiekunem, płacił im za wcześniejsze, bezinteresowne wsparcie, a Elentari wspierała go w jego pragnieniach. Ich marzenia stały się teraz realne. Wilgotna ściółka podrażniała ich delikatne dusze. Wszystkie ich doznania były teraz bardziej wyraziste. Ich pocałunki tworzyły nowe życie w szeregach przyjaciół – szczególnie pięknie śpiewających świerszczy.
Odwiedzili wiele zakątków magicznej kniei, stworzyli z niej cud dla przypadkowych turystów, stali się duchami lasu, opiekunami własnego szczęścia. Niegdyś przesiadując nad cudownym strumykiem, Elentari zasugerowała powrót do gwiazd. To było doskonałe sfinalizowanie całego procesu jednoczenia.
Woda przybrała srebrzysty kolor, wszystkie niedojrzałe kwiaty pozyskały złociste kolory. Uschnięte kłębki trawy odżyły silną zieloną barwą. Kora na drzewach odzyskiwała witalność, a zwierzątka Magicznej Kniei poczęły razem śpiewać na wstąpienie Elentari i Amandila w gwiazdy. Ich pieśń nie tylko silna głosem, ale głęboka sercem unosiła parę w stronę jasnego księżyca. Wodna bryza skraplała ich dusze. Blask otaczał ich swym płaszczem, a muzyka lasu tworzyła koronę nad ich głowami. Przyjęli względy całej dziękującej przyrody, przyjęli miejsce na niebie, skąd na zawsze mogli obserwować nie do końca poznany im świat…
*
by cozmokamil | 2005-02-25 23:54:21 |
skomentuj! (22)
-ASUTI cz. II ost.-
*
Jego oczy otworzyły się. Pierwszym obiektem, jakim zobaczył było słońce, jego poświata. Siła nieogarnionego blasku oślepiała powiększone źrenice Morgona – przypomniał sobie swe imię, był szczęśliwy, ale uwięziony. Leżał na łóżku z solidnego drewna, zaraz pod oknem, przez które wpadało światło. Nie pamiętał dokładnie, co stało się tej okropnej nocy, wiedział jedynie, że teraz znów wygląda normalnie. Wydawało mu się, że leżał parę dni. Jego mięśnie były obolałe, a odleżyny nie pozwalały mu wykonać żadnego gwałtownego ruchu. Postanowił powoli wstać, przeszywający ból przezwyciężył jednak jego chęci. Obserwując belki, z których zbudowany był dach nieznanego mu domu zastanawiał się, kto mógł go tu ściągnąć. Po chwili kontemplacji usłyszał uchylające się drzwi, nie mógł odwrócić głowy, czuł się słabym jak dziecko. Do łóżka podeszła piękna kobieta. Jej twarz wywarła na nim takie samo wrażenie jak wcześniej słońce. Blask jej piękna onieśmielił mężczyznę. Zarumienił się cały i uciekł wzrokiem. Dziewczyna otarła czoło Morgona z potu i odeszła. Leżał przykuty do jednego miejsca, ograniczony własną niemocą. W jego życiu znów pojawiało się wiele pytań. Wracał do punktu wyjścia… wychodzi z jaskini… nagi… nie wie, co robić, gdzie się udać… Teraz leży w nieznanym mu miejscu, obok porusza się nieznana mu kobieta, a on nie potrafi o nic zapytać – jest niemy słowem, jest niemy duszą... Nie potrafiąc znaleźć odpowiedzi, znów zasypia i jego umysł tworzy kolejną historię…
Alurl i'dol ulu elgg dosst ogglinn a l' killian zhah ulu kyorl pholor uss mon'tu d' ukt khel, bautha ukt killian, ulu thrityh ukt kulggen...
Usłyszał śpiew ptaków na zewnątrz. Wiedział, że nastał kolejny dzień i że czeka go trening. Wpierw odmówił modlitwę do bogów by zesłali mu siłę i błogosławieństwo, potem przyszła kolej na podstawowe przygotowania. Nałożył czarne kimono, które obwiązał bordowym pasem. Wyjął swój miecz i położył przed sobą. Uklęknął przed nim i podziwiając pięknie zdobioną rękojeść oraz perfekcyjne wykonanie przez przodków ostrza począł się koncentrować. Zamknięte oczy, cisza, śpiew ptaków, lekki wiatr uderzający o ściany domu. Energia, wszędzie potężna kumulacja siły, miecz uniósł się w górę. Lekko lewitował przed Asutim. Jego ostrze zaczęło się obracać, odbijało co pewien czas światło i uderzało nim w zamknięte oczy mężczyzny. Nie otwierając ich, przyodział przy pasie pochwę i swymi myślami skierował ku niej unoszący się w powietrzu miecz. Powstał z ziemi i jedynie ruchem ręki i z pomocą delikatnego wiatru rozsunął drzwi.
Wyszedł na balkon wewnętrzny, który znajdował się na pierwszym piętrze. Cały był wykonany z jasnego drewna. Ascetyczne zdobienia ścian podkreślały powagę tego miejsca. Jedne schody prowadziły na sam dół. To ku nim spokojnie udał się Asuti. Pełen koncentracji, jakby zapominając o całym świecie…o Giradiel… miał opuścić swój przybytek, gdy z pokoju dziewczyny wybiegła Mituko z zakrwawionym sztyletem w dłoni. Asuti odruchowo chwycił za rączkę katany, ale gdy zobaczył swą opiekunkę podbiegł do niej i zimnym wzrokiem spojrzał za jej plecy. Ciało Giradiel leżało w kałuży krwi, pozostawione samemu sobie. W oku Asutiego pojawiła się łza, odepchnął Mituko i wbiegł do pomieszczenia, gdzie poprzedniej nocy przeżył najwspanialsze chwile swojego życia. Upadł w czerwonym płynie, który spotykając jego kolana rozprysnął się w niewielkiej koronie. Jego ręka powędrowała na policzek dziewczyny, pozostawiła czerwony ślad. Ręce Giradiel leżały bezwładnie, na ich nadgarstkach było widać zaczerwienienia, jej oczy patrzyły w róg pokoju, otwarte i nieruchome. Pocięty brzuch, przecięta krtań na szyi wywołały w Asutim burzę. W jednej chwili przed jego oczami pojawiła się retrospekcja poprzedniej nocy. Uderzył pięścią w czerwoną kałużę, już cały opływał w krwi swej kochanki. W jego oczach pojawił się ogień, w jego pięściach pot wytworzony złością i żalem do kobiety, której ufał całe życie. Wstał gwałtownie, krew ściekała po całym jego kimonie, spojrzał na Mituko.
- Coś Ty zrobiła kobieto!? Jeżeli nie znajdziesz odpowiedniego usprawiedliwienia, twoja głowa spocznie wkrótce obok jej bezcennego ciała. Przez całe życie Ci ufałem, a ty pod moim własnym dachem uśmierciłaś tą kobietę plugawiąc cały duchowy dorobek wielu pokoleń. Dopuściłaś się karygodnego czynu, zapach śmierci zbezcześcił czystość świątyni!
W oczach Asutiego rozgrywała się wojna, był podzielony między dwoje. Nie mógł powstrzymywać łez, jego ręka spoczywała blisko miecza.
- Chłopcze… ona chciała cię zabić… przybyła tu by zastawić na ciebie pułapkę… usunąć z drogi ostatniego strażnika świątyni. Pomogłam Ci by świątynia nadal była bezpieczna. Ja… ja nie mogłam inaczej… rozumiesz mnie?
Mężczyzna popatrzył z pogardą na kobietę, która była mu matką przez całe jego życie.
- Jaki masz dowód na to, że Giradiel była zabójcą, dlaczego nie mam pomyśleć, że to Ty nią jesteś?
Mituko uśmiechnęła się, lecz po chwili jej radość przemieniła się w poważną konsternację.
- Twój ojciec…
- Co z nim? Nawet jego ducha chcesz obedrzeć z godności?
- Pojawił się w mym śnie tej nocy… powiedział mi, że kobieta, która śpi pod tym dachem jest zdrajcą, że planuje cię zabić chłopcze.
Asuti upadł na kolana i złożył w ręce swą twarz. Chwycił swe długie włosy i szarpnął z całej siły. Oparł się na rękach… wiedział bowiem, że sen, w którym pojawia się jeden z przodków jest proroczym i niepodważalnym dowodem na prawdę słów Mituko. Podniósł pełne nienawiści oczy, spojrzał w stronę opiekunki.
- Odejdź precz, jak wrócę, nie chcę cię tu widzieć!
Mituko skinęła głową i odeszła z ociekającym w krwi sztyletem. Chłopak, po tym jak wstał, obrócił głowę w stronę martwej dziewczyny. Siłą wiatru zamknął drzwi od pomieszczenia. Ironiczny śpiew ptaków towarzyszył mu przez resztę dnia.
Musiał odbyć codzienny obchód, nie miał ochoty ćwiczyć. Nie upatrywał w tym najmniejszego sensu skoro mógł zginąć tej nocy, zabity z rąk kochanki… gdyby nie Mituko… Po obowiązkowym patrolu chciał wrócić i odpowiednio pogrzebać ciało Giradiel. Układał sobie wszystkie myśli, bezszelestnie przemierzając kolejne połacie lesistego terenu. Ptaki irytowały go swym śpiewem, jego serce stawało się czarne i pełne nienawiści. Bądź, co bądź wiązał z tą dziewczyną pewne plany. Gdy wszedł na niewielki pagórek, jego oczom ukazał się dach świątyni. To w niej spoczywało ciało ostatniego króla prowincji Bosakbum, a wraz z nim tajemnica wszystkich pokoleń doskonałych wojowników Hwa-Rang.
Postanowił przejść się tam by poprosić o duchowe wsparcie władcy. Gdy przechodził obok ostatniego monumentu dostrzegł kawałek nieznanego mu materiału. Był to wystający element ubrania jakiegoś człowieka. Asuti natychmiast postawił zaporę na swym umyślę, jego koncentracja sięgnęła szczytu. Zamknął oczy, stanął w pochylonej pozie. Jego katana uniesiona w górę wydłużyła doskonale rękę. Obie nogi, jedna lekko z przodu, druga utrzymująca większość ciężaru ciała, utworzyły w ziemi dość duże wgłębienie. Z ziemi wokół nich począł unosić się lekki dym. Oczy Asutiego przybrały barwę czerni jego kimona, które należy wspomnieć poczęło powiewać na niewidocznym wietrze. Strażnik świątyni uchwycił element życia nieznanego mu mężczyzny i rozpoczynając taniec ze swym mieczem, siłą żywiołów uniósł go w powietrze. Zdziwiony napastnik natychmiast wyjął swój miecz, ale nie dość, że wisiał już w powietrzu to Astuti wyrwał mu go z rąk jednym ruchem ręki. Przysunął jego ciało blisko swych czarnych oczu. Wydobył ze swojego wnętrza głos prawdziwego strażnika.
- Co tu robisz i kto dał Ci prawo przebywania na świętej ziemi?
Mężczyzna uśmiechnął się szyderczo i opluł Asutiego. Znieważony postanowił wyzwolić przeciwnika od unoszącego go wiatru. Gdy ten podniósł się z ziemi i począł otrzepywać ubranie, zdążył wypowiedzieć jedynie pierwszą głoskę wyrazu. Asuti energicznym i prawie niewidocznym ruchem, zlewając ostrze miecza z kolorem nieba pociął ciąć pyszałka. Po kilkudziesięciu płynnych cięciach, po cudownej muzyce świstu ostrza, strażnik świątyni stanął tyłem do przeciwnika. Jego oczy znów przybrały normalną barwę, ziemia przestała ulegać pod jego ciężarem. W momencie, gdy chował katanę, poczuł ciepło płynu na swoich plecach. Pewny do niedawna mężczyzna rozsypał się na kawałki a z jego tętnic wytrysnęła fala czerwonej krwi. Asuti ruszył w stronę swego domu, Mituko mogła mieć kłopoty. Jego bieg doskonale zsynchronizował się z otoczeniem. Baczny obserwator mógłby dostrzec jedynie rozmazany obiekt.
Wraz z chwilą, gdy ciało przy świątyni zostało wchłonięte przez duchy tamtejszego obszaru, Asuti dotarł do ogrodu przed swoim domem. Znów ustawił tarczę na swym umyśle i wbiegając do domu krzyknął.
- Mituko! Odezwij się! Gdzie jesteś?
W chwili, gdy wymawiał ostatnie słowo w jego głowie zaskowyczał potężny hałas. Chłopak zamknął oczy i jakby szukał czegoś w swych myślach. Po chwili wiedział, że ktoś atakuje jego bariery. Każdy silniejszy atak odrzucał bez największych problemów. Dopiero po kilkunastu ofensywach poczuł ogromny pisk, który przeszył najwrażliwsze części jego chronionego umysłu. Upadł na twarz i stracił zupełnie świadomość, zemdlał po raz pierwszy w życiu.
Obudził się w mrocznym pomieszczeniu. Było ono małe, bez jakichkolwiek mebli. Wyglądało jak cela, ale światło wpadające przez mały otwór w drzwiach nie pozwalało ostatecznie tego określić. Strasznie bolała go głowa. Czuł jeszcze pisk i ryk wszystkich swoich myśli, natłoczonych jedna na drugą, przyciskających newralgiczne punkty jego wspomnień. Był brudny, spocony, a jego włosy kleiły się od roztworu, na którym leżał. Nie wiedział, co się stało, teraz mógł tylko czekać. Usiadł, delikatnie prostując obolałe kończyny. Próbował się skoncentrować, ale jego wysiłek stale szedł na marne. Nie mógł pozbierać myśli, nie mógł wyrzucić ze swego serca żalu i wstydu za to, iż dał się złapać, a świątynia stała otworem przed nieznanymi mu napastnikami.
Poczuł na swych żebrach kopnięcie. Kaszlnął gwałtownie i z jego ust wyleciała struga krwi. Pomalowała czerwienią stopy atakującego, Asuti podniósł wzrok. Zobaczył mężczyznę ubranego dokładnie tak, jak poprzedni jego przeciwnik. Podniesiono go gwałtownie i wyniesiono z ciemnego pomieszczenia. Światło, z jakim spotkały się jego oczy w przedsionku oślepiło go zupełnie. Po jakimś czasie odzyskał Nie znał tego miejsca. Był w pewnego rodzaju piwnicach, ale tylko tyle wiedział. Na skraju wyczerpania, prawie mdlejąc został wniesiony po schodach, a na końcu rzucony na posadzkę znanego mu już pomieszczenia. Okazało się, że znajduje się w świątyni króla Bosakbum. Podpierał się rękoma, klęcząc na twardym podłożu, z nosa i ust ciekła mu krew. Czasem ją połykał, ale jej gorycz wzmagała w nim wymioty. Usiadł na ugiętych nogach, złapał się za brzuch i rozejrzał po sali. To, co ujrzał przerosło jego najśmielsze oczekiwania. Prócz mężczyzny, który go przyprowadził, zobaczył… swojego ojca. Był to człowiek średniego wieku, dobrze zbudowany i budzący respekt. Asuti nie mógł uwierzyć własnym oczom. Wiedział, że jego ojciec zginął, widział jego śmierć na własne oczy. W chwili, gdy łapał drugi oddech, potężny mężczyzna przemówił.
- Asuti, czekałem na ciebie, tęskniłeś za mną? Zapytał uśmiechając się szyderczo. Twój ojciec powrócił zza światów by zdobyć to, czego szukał przez całe swoje cholerne życie.
Asutiemu znieruchomiały kończyny. Chciał wydobyć z siebie głos czystej barwy, ale ledwo udało mu się wypowiedzieć parę słów.
- Dlaczego wróciłeś, jak to możliwe?
- To nie jest ważne synu, jesteś mi potrzebny. Tak samo jak Mituko, którą posłużyłem się by zabić Giradiel.
Chłopak popatrzył na ojca i przypomniał sobie tamten poranek, poczuł znów ten ból.
- Czemu ją zabiłeś, o co w tym wszystkim chodzi!?
Głos strażnika świątyni zaczął się poprawiać, ostatnie zdanie przypomniało krzyk, a nie jak wcześniej charczenie dławiącego się krwią dziecka.
- Teraz mogę ci wszystko powiedzieć. Ta kobieta przybyła do ciebie pod postacią ludzką, by ochronić Twe życie. Ona także była wcześniej martwa, ale wykorzystała ciało swej siostry. Razem z nią zginęła i jej siostra. Mituko była tylko marionetką, wykorzystałem ją, by Giradiel nie pokrzyżowała moich planów. Jesteś teraz ze mną synu i ja to wykorzystam by zdobyć wiedzę Hwa-Rang, której tak mocno pragnę.
Oczy Asutiego drgały z przerażenia. Wiedział, że do otwarcia krypty króla potrzebna jest krew dwóch strażników świątynnych. Jego własny ojciec z chciwości chciał go zabić. Poczuł się jak odrzucony szczeniak. Zaczęła wzbierać w nim złość. Jego poklejone włosy rozłożyły się doskonale po całej głowie, jego oczy przybrały czarną barwę. Nie była to ta sama transformacja, teraz dodatkową motywacją było wykorzystanie przez jego ojca Mituko, zdrada rodziny, lata treningów z kimś, kto nie był godzien nauczać. Asuti zaczął krzyczeć, to był potężny ryk, od którego przewrócił się stojący za nim mężczyzna. Ciało strażnika uniosło się w górę, zawieszone w powietrzu poczęło się obracać. Rozłożył ręce i ruch wirowy ustał. Lewitując metr nad ziemią jego sylwetka zaczęła przywoływać elementy żywiołów. Jego dłonie paliły się żywym ogniem, w oczach widać było czarną ziemię, włosy targane przez wiatr, oraz woda – łzy całego bólu, jaki przeżył. W ręce Asutiego uformowała się doskonała katana, jego własny miecz. Natychmiast odwrócił się do leżącego mężczyzny. Podniósł go lekkim ruchem ręki, przyciągnął do siebie. Widział na jego twarzy strach i czuł mocz, który wydalił. Chwycił ręką szyję przeciwnika i zacisnął z całej siły, ustawił miecz w dłoniach i wbił mu go w serce. Krew popłynęła po ostrzu zasychając przy palących się dłoniach strażnika. Wyrzucił zmarnotrawione ciało sługusa swego ojca i odwrócił się w jego stronę.
Jednak i główny zdrajca nie obijał się w tym czasie. Dokonywał bardzo podobnej transformacji, to przecież on był mistrzem swego syna. Asuti nie czekał. Natarł na niego już z ziemi. Katana oświetlana płomieniem jego rąk robiła wrażenie broni, której nie można zatrzymać. Jednak w chwili, gdy chłopak był już bardzo blisko, pod ostrzem przeciwnika pojawiła się Mituko. Strażnik stanął jak wryty, gdy zobaczył jak z szyi jego opiekunki płynie krew. Zaczęła się dusić, pluć krwią i wydawać okropne okrzyki skażone brudem mrocznego ostrza. Asuti upadł na ziemię, nie chciało mu się już walczyć, znów widział bliską mu kobietę rzucającą się w potwornych konwulsjach na ziemi, krew stała się jej płatkami, ona sama wnętrzem rośliny. Umierała powoli i w ogromnych mękach. Chłopak utracił wszystko, nawet nadzieję. Uśmiechnięty ojciec podszedł do swego syna i wbijając mu czarne ostrze w brzuch powiedział.
- Teraz zobaczymy, co tak naprawdę jest warta twoja krew, dziękuję synu…
Asuti popatrzył na zdrajcę i ostatnim tchem rzekł.
- Ty sukinsynu, oby cię to wpędziło do mroku na zawsze. Obyś tu zgnił…
Skonał jako ostatni żywy w prowincji świątynnej. Nikt nigdy nie przekroczył już jej granic. Krążyły plotki, że stała się miejscem zsyłania najgorszych dusz. Wkrótce obrosła wielkim murem żywiołów, który oddzielał świat żywych od świata umarłych. Zasnęła legenda o Asutim, obudziła się nowa, o stale istniejącym na ziemi piekle...
*
by cozmokamil | 2005-02-23 21:51:21 |
skomentuj! (16)
-ASUTI cz. I-
*
Zbudził się w spazmatycznym bólu głowy. Nie mógł pojąć tego, co mu się śniło. Siedział chwilę w ciemności, noc zapadła dobre parę cykli temu. Słyszał śpiew świerszczy, albo czegoś, co te organizmy przypomniało. Cyk, cyk, cyk, niczym pukanie trawiastego dzięcioła. Oparł ręce na podkulonych kolanach, spojrzał w niebo. Przez przerwy w koronie drzewa widział księżyc i gwiazdy. Niebo było bezchmurne, ruchami nad ziemią rozporządzał delikatny wietrzyk. Przez jego ciało przeszły dreszcze, zorientował się, iż nadal nie ma na sobie żadnego ubrania. Wstał powoli i wyszedł z nocnego cienia drzewa - zobaczył księżyc w pełni. Patrzył na niego i łza popłynęła mu po policzku. To przy pełni księżyca jego życie przyjęło inny bieg, kiedyś, gdy nie był jeszcze spętany nieznanym mu uczuciem. Coś go dusiło od środka, nie wiedział jednak co, wyruszył w tą podróż by poznać odpowiedzi na wiele pytań. Gdy kolejna łza zakołowała blisko ust poczuł ból w głowie. Złapał za włosy, upadł na kolana i ryknął z całych sił. Jego ciało zaczęło pokrywać się gęstym włosem, zakrywało każdy jego najdrobniejszy element. Rzucał się na ziemi w energicznych konwulsjach, zmieniał swą zewnętrzną budowę, wygląd, jaki inni mogli postrzegać, tyle tylko, że nie wiedział gdzie są i czy istnieją... inni... Wkrótce zemdlał z wyczerpania, a jego przeistoczone ciało przykrył płaszcz suchych liści i nowej wizji...
Vith shlu'ta elgg ssin ssinssrigg drill ol shlu'ta xxizz ichl ka udos zhaun lu'oh ulu kl'ae ol...
Las, w lesie ciemność, w lesie cisza, spokój i doskonała harmonia... on... wtopiony między liśćmi... element przyrody... doskonała jedność człowieka i roślinności. Jego oczy kwiatami, a jego ciało pniem. Jego oddech powiewem wiatru, połączonym z ruchem powietrza w sposób perfekcyjny. Jego miecz, doskonale wykuty oręż, doskonała pamiątka po dziadku. Przemieszczał się w ciszy, pozostawiając w jednym miejscu nawet przez paru godzin... ani kropli potu, mógł kontrolować nawet zmęczenie.
Każdego ranka Asuti wychodził do pobliskiego lasu by ćwiczyć i doskonalić sztukę przetrwania. W prowincji, jakiej przyszło mu żyć musiał przyswoić tą umiejętność z mlekiem matki, razem ze wskazówkami ojca. Dwadzieścia lat codziennych wyrzeczeń, miesiące wytrwałych treningów, doskonałe możliwości kontrolowania ostrza katany. Co drugi dzień Asuti wybierał się do pobliskiego strumienia gdzie ćwiczył perfekcję swych uderzeń. Jego cięcia były bezgłośne, jego cięcia nie poruszały nawet wody. Ostrze to było śmiertelnym przedłużeniem jego rąk. Potrafił nim walczyć i jedną ręką, ale kunszt polegał na tańcu przy użyciu obu rąk, użyciu całego ciała i całej mądrości.
Dzień, w którym wydarzyło się coś nowego był poświęcony treningowi koncentracji. Chłopak ubrał białe kimono i udał się na pobliskie wzniesienie. Przyroda oszczędziła tam swych uroków. Jedyne, co go otaczało to trawa i moc, jaką czerpał z ziemi, mentalność przodków, siła ich myśli. Tutaj bowiem byli chowani, tutaj spoczywała cała jego przeszłość. Usiadł na specjalnie przygotowanym podwyższeniu. Zdjął z pleców swój miecz i położył obok siebie, rozbroił swe shurikeny i ułożył je przed sobą w odpowiedniej, związanej z tradycją jego rodu kolejności. Ustawił specjalnie barwione świece, zapalił je. Wzmógł się wiatr i tu jego trening się rozpoczynał. Cztery świece musiały utrzymać swój ogień z pomocą jego energii. Jego zadanie nie było łatwe, ale wykonywał je perfekcyjnie. Mógł w ten sposób kontrolować nawet trzy żywioły. Wiatr, który odganiał, wodę, przed którą bronił płomień i oczywiście żywioł ognia. Dzięki tej jedności był bliższy naturze niż ktokolwiek inny.
Pierwsze godziny treningu przebiegały spokojnie. Asuti koncentrował swe myśli na kontroli czterech płomieni. Po chwili z nieba poczęły spadać krople deszczu. Lekka mżawka przerodziła się w potworną ulewę, ale chłopak siedział na swoim miejscu i odpędzał wodę od płomieni. Formował ją myślą, przekształcał i odrzucał od siebie. Wszystko przebiegało tak jak zawsze, gdy nagle... jeden z knotów świecy zadymił się, ogień zgasł. Asuti natychmiastowo stał się mokry, w mgnieniu oka stał już w pozycji bojowej z mieczem w obu rękach, z przygotowanymi gwiazdkami i bolcami. Opuścił tarczę koncentracji, skupienia na świecach, wszystkie zgasły. Wyszukiwał energii, która rozproszyła jego myśli, poszukiwał jej źródła. Trwało to dosłownie parę sekund. Poczuł ją parędziesiąt metrów od siebie, na dole wzniesienia, tam gdzie dolina łączyła się z małą knieją. Schował świece, przepasał pochwę na plecy a broń miotaną uzbroił wokół pasa. Deszcz zmniejszył nasilenie, zanikał, tak jakby wiedział, że trening dobiegł końca. Asuti ruszył w stronę małego skupiska drzew. Doskonale zgrał swe ruchy z ruchami wysokiej trawy, doskonale wyczuwał ilość błota i mułu pod nogami. Delikatnym i dyskretnym krokiem dotarł do pierwszego z drzew. Już zaciskał ręce na zdobionej rękojeści katany, gdy ujrzał przed sobą leżącą kobietę. Była cała brudna, spoczywała pomiędzy krzakami, nikogo nie było w pobliżu. Chłopak wiedział, że jest nieprzytomna i może spokojnie opuścić bariery koncentracji pozostawiając je na bezpiecznym dla niego poziomie. Przeszukał dokładnie teren wokoło i upewniając się, że nic mu nie zagraża wziął kobietę na ręce i ruszył do swego domu.
Dziewczyna obudziła się w drewnianym, pięknie zdobionym salonie. Na ścianie wisiały przeróżne gobeliny z myślami przodków Asutiego. W rogu stała zbroja samuraja, bez miecza. Było to ascetyczne, ale perfekcyjnie wykonane pomieszczenie z białymi, materiałowymi oknami i małym ołtarzykiem w rogu. Miejsce, w którym spoczywała leżało na doskonale, ręcznie składanej podłodze z perfekcyjnie dobranym kolorem drewna. Dziewczyna patrzyła z podziwem na otaczającą ją przestrzeń. Czuła zdumienie, ale i strach, nie wiedziała gdzie jest. W tym momencie rozsunęły się drzwi i do pokoju wszedł Asuti. Nie miał butów, a w rękach niósł tacę z gorącą herbatą. Przykucnął przy dziewczynie i podał jej filiżankę. Przyjęła ją w ciszy i zaczęła pić. Chłopak miał na sobie lekkie, czarne odzienie oraz miecz przy pasie, z którym prawie nigdy się nie rozstawał. Dziewczyna pijąc herbatę patrzyła na mężczyznę.
- Co tu robisz i jaki jest twój cel, by twa osoba dręczyła spokój tej świętej prowincji? Zapytał chłodno Asuti.
Nie otrzymał odpowiedzi, a przyglądając się dziewczynie zauważył, iż ta w ogóle nie posiada rysów kobiet, jakie widywał.
- Jestem tutaj, nie wiem, gdzie jestem, przybyłam chyba żeby Cię ostrzec... Jej głos się zerwał, wypuściła z rąk filiżankę i straciła przytomność.
Asuti ułożył ją na posłaniu. Skrzywił się lekko z powodu braku odpowiedzi na zadane pytanie. Nieznajoma miała na sobie już czystą koszulę jego matki. Myciem jej ciała zajęła się wcześniej Mituko - opiekunka Asutiego z czasów dzieciństwa.
Dziewczyna obudziła się dopiero następnego wieczora. Asuti przybył do niej chwilę po tym jak podeszła do materiałowego okna, nie miał swego miecza ponieważ szykował się do snu, a chciał zobaczyć, co z gościem. Wszedł do pomieszczenia w sposób niezauważalny – a przynajmniej on tak myślał.
- Nazywam się Giradiel i pochodzę z innego świata, przybyłam tu by wykonać misję, by spotkać się z tobą i twą siłą. Tam skąd przychodzę wiele o tobie mówiono Asuti… nie zawsze dobrze. W chwili wymawiania ostatniego wyrazu, dziewczyna odwróciła się do chłopaka i przeszyła go swym wzrokiem. Asuti patrzył na kobietę w sposób wcześniej mu nieznany. Podziwiał jej ciało, prześwitujące, a dokładnie kształtujące się na delikatnym jedwabiu koszuli. Wodził wzrokiem od stóp po ostatni włos Giradiel. Ona odpowiadała tym samym. Mężczyzna przekręcił lekko tors i zasunął drzwiczki. Podszedł do nieznanej mu kobiety i poczuł zapach ogrodu. Mituko musiała ją nasmarować olejkami z kwiatów kwitnącej wiśni. Stanął przed nią wciąż spięty i skoncentrowany. Dziewczyna oplotła jego szyję swymi zgrabnymi rękoma, oparła swe czoło na jego ustach i lekko zsunęła się na kolana. Poczęła od zdejmowania jego przyodziania nóg. Następnie, delikatnymi ruchami, rozwiązała mu pas lekkiego kimona, zsunęła je z ramion, a on stał i nie reagował. Czuł się nieswojo, nie wiedział jak się zachować.
- Jesteś strasznie spięty. Powiedziała i nachyliła swe usta do jego ucha.
- Pozwól, że to ja zawładnę Tobą. Jej mokry język zaczął wirować w kanalikach jego uszów.
Czuł się jak uczniak, ale wrażanie jakie robiła na nim gra miłosna Giradiel odrzucało powoli wszelkie opory. Zaczął ją masować. Jego ręce delikatnie sięgały pod koszulę. Wyczuwając aksamit jej skóry, przypomniał sobie najdoskonalsze materiały przywożone przez matkę w czasach, gdy miał po dziesięć lub mniej lat. Jego umiejętności pozwalały wyczuć na jej ciele najdelikatniejsze włoski, zastanawiał się czy może to wykorzystać dla zapewnienia jej większej rozkoszy. Przytulili się do siebie, a kobieta podniosła jedną nogę i oplotła nią miednicę Asutiego. Poczuł jak rośnie w nim podniecenie. Delikatnie podprowadził ją pod ścianę i ściągnął przez głowę mało zdobioną koszulkę. Ujrzał jej ciało i musiał wziąć głęboki oddech. Przypomniał mu się czas, gdy fascynowały go jego myśli, gdy kontrolował nimi każdy element natury. Teraz, po raz pierwszy w życiu widział nagie ciało kobiety. Jej figura przypomniała mu najwspanialsze suknie na targowisku. Widział jej piersi, były krągłe a ich sutki unosiły się ku górze, co wywoływało w nim odczucia podobne do tych, gdy widział barwy jego miecza. Przełknął ślinę i znów się do niej zbliżył. Byli nadzy, zupełnie sobie obcy a jednak tak bliscy w tym czasie. Kobieta znów przejęła inicjatywę. Wykorzystywała swój język w sposób wręcz perfekcyjny. Wodziła nim po każdym elemencie twarzy Asutiego. Najbardziej podobało mu się, gdy delikatnie, poczynając od szyi docierała do jego ust i uczyła go techniki, jakiej ojciec nigdy mu nie pokazywał. Czuł się o wiele lepiej niż w czasie treningów na zimnie. Czuł jak rośnie w nim podniecenie, a w dziewczynie wyczuwał zwiększającą częstotliwość oddechu. Zaczęła schodzić niżej. Całowała jego klatkę i jego brzuch, wodziła językiem na każdym kawałku jego skóry. Po chwili odsunęła się od niego i powiedziała z uśmiechem na twarzy.
- Teraz twoja kolej, pokaż czego cię to nauczyło. Położyła się na plecach podciągając jedno kolano do siebie.
Asuti przyklęknął przed jej ciałem. Rękoma zaczął masować jej stopy i delikatnymi pocałunkami kierował się ku górze. Wykorzystując delikatny wiatr, łechtał ją w miejscach gdzie miała malutkie włoski. Wykorzystywał wymyśloną przed chwilą technikę. Gryzł ją delikatnie i językiem łagodził podrażnienia, pozostawały tylko czerwone ślady. Jedną ręką podpierał się o podłogę, drugą masował jej udo. Było pełne wdzięku, zgrabne a zarazem umięśnione – na sposób kobiecie możliwy oczywiście. Całował już jej brzuch omijając jej największą tajemnicę. Zaczął masować jej piersi. Pod jego rękoma rozlewały się delikatnie, wyczuwał sutki, stwardniałe z podniecenia. Poznawał ciało kobiety, uczył się z każdą chwilą, a ona widziała i czuła, że jest bardzo pilny. Nachylił się delikatnie nad jej twarzą. Podziwiał ją przez chwilę i widział jej uwodzicielski uśmiech. Lekko łapiąc jej wargi rozciągał je, dodał język. Oba organy z ich ust splotły się w niewiarygodnym tańcu. Ich ślina przepływała po twarzy kobiety. Ich zmęczenie i pot nie były ograniczane przez zdolności Asutiego. Ich mokre ciała, błyszczące i już prawie zlane w jedno zbliżały się ku sobie. Doskonała harmonia oraz odpowiedni moment powiedział Asutiemu, że musi zrobić to, na co ona już od dawna czekała. Nie przerywając magicznego pocałunku, nie opuszczając delikatnej bryzy tworzonej by zwiększyć podniecenie Giradiel, popłynął jedną z rąk w stronę tajemnicy dziewczyny. Początkowo otwartą dłonią wędrował dookoła niej, masował i pieścił jej włoski. Dotarł do niej i delikatnie zaczął ją łechtać. Dziewczyna delikatnie jęknęła, ale w sposób nieukazujący jej uległości, jej głos był jeszcze bardziej wyzywający. Asuti cofnął rękę i złapał kolanami za jej uda. Przechylił ją na siebie, a ona nawet tego nieświadoma połączyła się z nim ciałem. Przywarli do siebie w pełnej jedności. Ich doskonale zgrane ruchy dawały obojgu wiele przyjemności. Patrzyli sobie w oczy i co jakiś czas wprawiali swe języki w kolejny taniec. Ich serca biły coraz szybciej a ich ciała pokrywały się potem i ciarkami tworzonymi przez delikatne powiewy. Błyszczące ciała przyległy w pełni do siebie. Giradiel zacisnęła kolana na udach Asutiego. Była bliska tego uczucia, którego mężczyzna pod nią nigdy jeszcze nie doznał. Z jednej strony było to dla niej podniecające z drugiej wprawiało ją w delikatny ironiczny śmiech. Asuti czuł, że jest w stanie osiągnąć spełnienie wraz ze swą kochanką. Gdy oboje poczuli, że są tuż, tuż, chwycili się za ręce i opuszczając je wzdłuż swych mokrych ciał spletli po raz ostatni swe języki w niesamowicie fascynującym tańcu. Ostateczne napięcie nastąpiło w chwili, gdy oboje zacisnęli z ogromną siłą swe dłonie. Leżeli jeszcze tak przez chwilę, a Asuti pieszcząc włosy Giradiel całował jej wargi. Delikatnie położył ją na plecach, popatrzył chwilę na jej nagie, zmęczone ciało. Pocałował ją w czoło i rzekł.
- Jutro rano przyjdzie Mituko i da Ci świeże ubranie. Uśmiechając się nałożył swe kimono i wyszedł bezszelestnie przez drzwi.
Przez resztę nocy zastanawiał się nad tym, co zrobił. Czy miał wyrzuty sumienia? Raczej nie, chciał poznać tego więcej, zakosztować i przetestować każdy inny sposób. Miał już setki pomysłów i piękną kobietę we własnym domu. Usnął z zupełnym brakiem koncentracji. Jedna taka noc odrzuciła dwadzieścia lat treningów, przez kobietę opuścił wszelkie osłony, czego nigdy wcześniej się nie dopuścił…
*
by cozmokamil | 2005-02-16 21:46:50 |
skomentuj! (25)